Rozmowy nocą

Siedziały oparte o siebie plecami, na szerokim okiennym wykuszu. Eresteja ze splątanymi włosami spoglądała na gwiazdy za oknem. Tenero opierała głowę na jej ramieniu. Noc była ciepła. Przez uchyloną szybę docierał do nich zapach pieczonego chleba z dolnych partii budynku. Wynajęły pokój na poddaszu piekarni w Hereneas. Trzymały się teraz krainy ludzi, wśród elfów nie były bezpieczne. Wciąż pamiętano o obalonej królowej Tenero, słano listy gończe.

Kay zajmował się teraz szukaniem następców Strażników Ziemi. Jako, że zostali zgładzeni za swój uczynek nie zdążyli wybrać zastępców. Zew więc wybrał, tylko nie miał kto za nim pójść… Kay postanowił się tym zająć kontaktując się za pośrednictwem ich bóstwa Ognia z bogiem Ziemi. Eresteja nie mogła się odnaleźć po tym wszystkim i postanowiła odnaleźć Tenero. Gdy przebiła mieczem Diorę, a Kay zrobił to samo z Riodanem coś w niej pękło. Nie mogła stać zimna i opanowana jak to miała w zwyczaju. Płakała patrząc w niewidzące już oczy swojej przyjaciółki. Pierwszy raz poczuła ohydztwo tego czym była funkcja Strażnika. Łamanie swoich zasad osobistych sztywnym prawem Bractwa Żywiołów. Ba…zasady osobiste…raczej moralność i to co odróżnia nas od zwierząt. To właśnie złamała. Spadła na dno, czuła niechęć do samej siebie. Próbując znów się odnaleźć i nie poddać rozpaczy szukała Tenero. Już raz ją porzuciła, gdy siostra odebrała jej tron. Odnalazła ją później i znów porzuciła. Tyle lat rozłąki dzieliło je, a jednak błękitnooka elfka nie wypomniała jej tego. Jak zwykle dobra, spokojna, otulała ją swoim spokojem. Uciekła z nią znów, by Strażniczka odczuła ulgę mogąc biec przed siebie, gnana poczuciem winy. Odpocząć od obowiązków. Pogładziła dłoń Tenero opartą na parapecie.

– Jutro pojedziemy dalej – powiedziała do niej.

Tenero odpowiedział po chwili.

– Czy nie dość już ucieczek, Erestejo? Od pół roku błąkamy się bez celu.

– Masz coś innego do zrobienia? – powiedziała z lekką irytacją nim zdążyła ugryźć się w język.

Nic nie odrzekła. Wstała i położyła się wśród rozrzuconej na łóżku pościeli, przykrywając cienką obleczką. Strażniczka patrzyła na nią ze smutkiem w oczach. Tenero w końcu odpowiedziała.

– Muszę urządzić swoje życie na nowo. Nie tylko Ty coś straciłaś. Za każdym razem szukasz u mnie pocieszenia. Ja nie znajduję go u Ciebie. Pojawiasz się znikąd po kilku latach, czekasz aż znów Cię przygarnę, oddam Ci się.I masz mnie. Lecz ja nie mam nic w zamian prócz kilku skradzionych chwil. Nie możesz być ze mną, musisz wrócić do swoich obowiązków. Możemy uciekać i rok i pół wieku, ale Ty zawsze wrócisz do reszty, do Kaya. I patrzysz na mnie swymi pięknymi oczami, ze smutkiem- ile razy widziałam to spojrzenie. Za każdym razem oznaczało „szykuj się, to już nie potrwa długo, za chwilę zniknę”. Jesteś nieuchwytna jak dym. Zniknij więc już dziś. Nigdzie dalej nie pojadę. Zamierzam gdzieś osiąść. Zbudować dom i żyć dalej. Jeśli nie potrafisz zrezygnować ze swojej funkcji, ja rezygnuję z Ciebie.

Położyła się obok niej na plecach. Patrzyła w sufit. Spytała:

– Czemu pozwoliłaś mi znów wtargnąć do swojego życia?

– Kusisz mnie. Muszę pozbyć się tego uczucia. Jesteś jak zapowiedź zmiany, choć w moim przypadku te zmiany nigdy nie są dobre…i…nie chciałam byś była sama z poczuciem winy, po śmierci Diory i Riodana.

Dotknęła jej ramienia delikatnie, kontynuowała.

– Wiedz jednak, że to co zrobiłaś…nie rozumiem tego. Nie zgadzam się z tym.

– Wiem. Widziałam w Twoich oczach obrzydzenie gdy opowiadałam o tamtym dniu. To samo obrzydzenie, które czuję ja do swojego postępku – dodała po chwili – chyba znasz mnie najlepiej, zaraz po Kayu…choć nie wiem czy on by to zrozumiał… – uśmiechnęła się do niej.

– Mężczyźni rzadko rozumieją tak jak powinni nasze zachowania, oni zaś są dla nas jak otwarte karty.

– Kay jest…

– …inny. Tak, wiem. Powtarzałaś to milion razy. A jednak nie odważyłaś się wyznać mu miłości. Nie mówiąc już o uwodzeniu go – Tenero popatrzyła na nią zazdrośnie – a gdyby było między Wami tak jak między Strażnikami Ziemi? Co wtedy? Gdyby na Was polowali, a ktoś kogo uważałaś za przyjaciela ostrzył miecz na Twój kark?

Eresteja płakała. Pierwszy raz przy niej. Tenero przytuliła ją mocno.

– Wybacz, że tak ostro, ale wiem, że tego potrzebowałaś, by ktoś powiedział na głos niewypowiedziane oskarżenie. Byś mogła płakać. To przynosi ulgę…

Dodała szeptem:

– Płacz Kochana…za nas obie…

 

Narodziny zła

– Ona jest w ciąży, Erestejo – powiedział Riodan. W jego głosie pobrzmiewała radość i strach.

Eresteja była wstrząśnięta. Przybyła za tę część Kurtyny, część należącą do Strażników Ziemi, z piękną lecz prostą świątynią tego żywiołu, wyrosłą z konarów i pni, zlepionych ze sobą tworzących niewielkie pomieszczenie, sklepione nad zagłębieniem ziemi. To co było urzekającym w tym drewnianym (poniekąd) szałasie, to zdobienia, ryciny wyłupane w pniach przez poprzednich Strażników. Tak znaczyli na ziemi swoją obecność. W środku było pusto. Mogli stać wyprostowani w niskim pomieszczeniu, ale świątynia to miejsce kultu, a hołd oddaje się na kolanach, nie potrzeba było wysokiego i przestronnego miejsca.

Stali w niej jednak teraz, mierząc się wzrokiem.

Riodan uśmiechnął się do niej z lekką niepewnością.

– Nie cieszysz się naszym szczęściem? – spytał.

– To wbrew zasadom – powiedziała cicho – pogwałciliście nasze prawa.

Uśmiech zastygł na jego ustach.

– Przecież Ty też kochasz swojego brata, drugiego Strażnika.

Obruszyła się – jak mógł wypominać jej to czyste i nieskalane fizycznością uczucie?

– Nie mieszaj mnie do tego, ani moich uczuć. Tego nie da się porównać.

– Ty tak uważasz. Miłość to miłość. Nie trzeba szukać innych nazw czy wybiegów, by nie nazywać rzeczy po imieniu.

– To co zrobiliście…co robicie…powinniście pomyśleć o konsekwencjach.

Na jego twarzy malowało się rozczarowanie i lekkie niezrozumienie.

– Konsekwencje…Ty zastanawiasz się nad nimi, tak? Nawet wtedy kiedy zrzuciłaś w przepaść tę biedną dziewczynę?

Eresteja pobladła, ze złości.

– Sama spadła! – krzyknęła

– Nie miała wyjścia! Zaszczułaś ją jak psa, chcąc wyciągnąć co było Ci potrzebne. I Ty mówisz mi o konsekwencjach! Twoje zamiary są zawsze czyste i szlachetne, tak? Więc wiedz, że uważam za czystsze to, co poczęło się z mojej odwzajemnionej miłości do Diory niż Twoje zamysły!

Wyszedł ze świątyni. Elfka wybiegła za nim po chwili. Pośpieszyła do chaty na drzewie. Choć chata była raczej wygodnym domem na rozłożystym drzewie w sercu lasu. Wspięła się sprawnie po drabinie na górę. Riodana tam nie było. Przeszła drewnianym pomostem do drugiej części- kuchennej. Krzątała się tam Diora. Wyglądała promiennie. Lekko zaokrąglony brzuch widoczny był pod szatą. Mieszała liście sałaty w sporej misce. Na ruszcie w kamiennym kominku skwierczała ryba. Pachniało pięknie. Strażniczka usiadła ciężko przy niewielkim stole patrząc na wprawne ruchy Diory. Po pewnym czasie odezwała się.

– Czemu Riodan mi o tym powiedział a nie Ty? Przyjechałam trzy dni temu, nie powiedziałaś ani słowa.

Przestała mieszać sałatkę i popatrzyła na nią. Jej ładna twarz była smutna, a duże, brązowe oczy wilgotne, jakby zbierało się jej na płacz.

– Pomożesz Nam? – położyła rękę na jej dłoni – tylko Ty możesz. Jesteś dość silna, by ochronić naszą tajemnicę.

Elfka miała mętlik w głowie, nie mogła skupić się na swoich uczuciach, musiała pomyśleć.

– Jak mogę chronić taką tajemnicę?! Jesteście Strażnikami najpotężniejszego żywiołu. Jakie będzie to dziecko?! Z waszą mocą, waszymi zdolnościami?

Wstała i zaczęła przechadzać się niespokojnie. Diora obserwowała ją uważnie z lękiem.

– Będzie potężne. Zbyt potężne i dla was i dla reszty Bractwa, a przede wszystkim dla świata.

– Ukryjemy je, zadbamy o nie. Nikt nie będzie o nim wiedział prócz naszej trójki!

– Nie wiesz jaką będzie miało moc! – odparła elfka.

– Ty również tego nie wiesz – krzyknęła Diora – nie dam go skrzywdzić. To krew z mojej krwi, owoc miłości. Niewinne stworzenie! Czyż nie takich powinniśmy chronić?!

– Owszem. Nie zapominaj jednak, że musimy patrzeć szerzej. Nie możemy poświęcić reszty świata dla jednego stworzenia. Nie możemy burzyć harmonii. A to co w Tobie rośnie…jest szkodliwe.

Diora kręciła głową z niedowierzaniem.

– Nic nie wiesz o tym jakie będzie gdy się urodzi, a chcesz go już skreślić. Nie mówiłabyś tak, gdyby chodziło o Twoje dziecko.

Eresteja popatrzyła na nią bez wyrazu. Skierowała się w stronę drzwi. Usłyszała jak Diora mówi do jej pleców.

– Kto jak kto, ale myślałam, że Ty nas zrozumiesz…Ty jedna. Sama kochasz.

– Ale nigdy nie zrobiłabym tego co wy. Zdradziliście nas- odpowiedziała elfka.

– Gdybyśmy tego nie zrobili…zdradzilibyśmy siebie. Wybacz, ale nigdy nie potrafiłam wpasować się w ten chory kodeks i ramy, które mi narzucono… nie jestem Tobą – dodała gorzko.

Eresteja czym prędzej wyszła. Zeskoczyła z drzewa, osiodłała konia i ruszyła przed siebie. Nie znając kierunku i nie chcąc go znać.