Eresteja, nikłe wspominki dzieciństwa

– Matko, czy mogę już odejść? – Eresteja grzebała widelcem w warzywach na talerzu i patrzyła na swą matkę siedzącą po prawej stronie ojca przy długim stole, w królewskiej jadalni. Komnata była wielka, tutaj ucztowali królowie, odbywały się bale. Wysoko sklepiony sufit opierał się na granitowych arkadach. Liczne łukowate przejścia ułatwiały służącym obsługę sali, a także stanowiły kryjówki w cieniu dla dzieci bawiących się w chowanego. Choć dzieci na elfickim dworze należały do rzadkości. Eresteja wyrosła już z dziecięcych gier, zbliżały się jej 16-ste urodziny, które będą jednym z najważniejszych wydarzeń w wygodnym życiu jakie wiodła – oficjalne wprowadzenie do towarzystwa.

– Pamiętasz o lekcji z Sonujusem? – spytała królowa Iljene.

– Tak…- z rozczarowaniem odrzekła.

– Skąd ten brak entuzjazmu? Sonujus jest wybitnym nauczycielem.

– Tak, matko – odparła markotnie – ale…

– Ale? – w głosie Iliene pobrzmiewało ostrzeżenie, Eresteja zagryzła wargi. Wypowiadanie własnych poglądów zawsze wiązało się z karą.

– Ale…on cały czas mówi tylko o Świcie Poranka, a niania czyta mi co wieczór tą głupią bajkę.

Wiedziała, że powiedziała za dużo.

– Po pierwsze „on” jest Twoim mentorem i ma imię. Po drugie niania czyta Ci tę samą bajkę po to byś ją dobrze zapamiętała, a Sonujus uczy tylko tego o co go prosiliśmy z Twoim ojcem, królem. Po trzecie, moja panno, jesteś na tyle duża, że myślę, iż obejdziesz się już bez niani, a bajkę będziesz czytać sama. Szesnaście lat to wiek dojrzały i liczę, że wykażesz się tą dojrzałością. A teraz spiesz się, nie każ na siebie czekać. Sonujus jest wyrozumiały, lecz nie należy tego nadużywać.

Posłusznie wstała i oddaliła się od stołu, szarpiąc za długą suknię. Zamierzała ogołocić ją z falbanek. Ze złością pospieszyła do komnaty i stargała z siebie ubranie. Została w samej bieliźnie. Rozerwała gorset, ściągnęła pończochy i rzuciła się na łóżko. Cała czerwona ze złości biła pięściami w poduszkę. Usłyszała śmiech zza kotary, podniosła głowę.

– Z czego rżycie? – spytała z oburzeniem w głosie śmiejące się służące – przygotujcie mi kąpiel.

Przestały się śmiać i spojrzały na nią ze zdziwieniem.

– Kąpiel? – jedna zaczęła jąkając się – ależ Panienko, kąpała się Panienka przed obiadem. Pół godziny temu.

– Śmiesz mi się sprzeciwiać? – rzuciła w nie poduszką, pospieszyły do drzwi – może wy też będziecie mówić mi co mam robić? Lepiej uważajcie, bo powiem Matce co robiłyście ze stajennym na sianie! – krzyknęła za nimi.

Po godzinie spędzonej w łaźni, gdy jej włosy rozczesane starannie do obiadu znów zdążyły się skręcić pod wpływem wilgoci, Eresteja ubrała się w koszulę i spodnie. Lubiła to połączenie zapewniające swobodę ruchów, suknie zaś lubiła pod innym względem – spojrzeń zainteresowanych tym widokiem mężczyzn. Ostatnio dostrzegała te spojrzenia coraz częściej, z satysfakcją. Nikt nie wydał się jej jednak na tyle interesujący, by zaszczycić go uwagą. Otwarła drzwi gabinetu królewskiego doradcy. Usłyszała ciche „wejść” i zamknęła je za sobą.

– Spóźniłaś się – powiedział Sonujus głosem spokojnym, zmęczonym i nudnym, który zawsze usypiał ją na lekcjach.

– Wybacz Maestro, musiałam wziąć kąpiel i…

– Winni się tłumaczą, dość wykrętów. Usiądź i opowiedz mi ostatnią lekcję.

Siadła posłusznie naprzeciwko elfa, którego blond włosy poprzetykane pasmami siwizny, rozpływały się na ramiona spod srebrnej opaski. Nim zaczęła mówić, pomyślała, że nigdy nie wyjdzie za elfa, gdyż ich mężczyźni zapuszczają włosy dłuższe niż kobiety, co wygląda zupełnie nie-męsko.

Powtórzyła lekcję sprzed dwóch dni. Brakkere, Dolina Poranka, Świtu. Dolina wiecznej zieleni, gdzie kwiaty kwitną a ziemia wydaje owoce bez względu na czas i dni. Miejsce idealne do przesiedlenia elfów, którzy staliby się pierwszymi wśród innych ras, gdyż nie dotykałyby ich susze, głód. Kto panuje nad żołądkiem żołdaków, panuje nad innymi – podstawowa zasada rządów jej ojca.

– Dobrze zapamiętałaś – pochwalił ją Sonujus – dlaczego to jest dla Ciebie takie ważne?

– Ponieważ ja mam być tą, która wywyższy naszą rasę i ponieważ Królowa Matka kazała mi się tego uczyć.

Wstał nagle rozeźlony.

– Niewdzięczne dziecko! To po to chodzisz na te lekcje?

– Tak -odparła szczerze i buntowniczo – a po cóż innego miałabym się uczyć bajek i bujd, które opowiada mi niania na dobranoc, a które Ty, Maestro powielasz i rozbudowujesz na tych lekcjach, usiłując wmówić mi, że bajki nie są tym czym są w istocie?

Wiedziała, że przekroczyła granicę. Matka ją za to ukarze.

– To nie jest bujda! To legenda wyniesiona ze starych kronik. To żywa historia, nie bajka! A Ty masz być największą Władczynią od czasów Starej Krwi!

– Jeśli moje rządy mają być podyktowane dobrem moich poddanych nie będę poić ich marzeniami. Jakby mnie postrzegano?

– To jest Twoja misja! Masz wyzwolić elfów, uczynić z nich potęgę taką, iż reszta ras odda nam hołd.

– Kogo obchodzą hołdy, duma? No kogo? Tylko zadufanych w sobie głupców – odparła hardo, nie zamierzała teraz poprzestać i tak rozpętała wojnę.

– Ty niedowiarku! Nie uczynisz nic, by zadowolić swój lud? Swoich rodziców?

– A czy ktokolwiek zastanowił się nad tym co zadowoliłoby mnie?

– To zachowanie niegodne władcy. Natychmiast przerwijmy tę dyskusję. Poinformuję o tym zdarzeniu królową Iliene.

– Jak sobie życzysz, Maestro – odpowiedziała drwiąco widząc wzburzenie na jego twarzy. Sama rozemocjonowała opuściła komnatę i pobiegła do stajni. Miała ochotę na przejażdżkę. Nie siodłając swojej klaczy wyskoczyła na niej z boksu i popędziła przed siebie.

Cienie

Niewidzialni, niespostrzeżeni

Przemykamy przez czas

Nikt nas nie czeka, nie wygląda nas

Gwiazdy tylko wiedzą

Bo taka ich rola

Gdzie zawędrujemy gdy nadejdzie pora

Jak cień skryty wśród drzew

Oglądający bacznie

Co przyjdzie mu przejść

Gdy stąpi nieopatrznie

Jak masywy chmur

Co nieubłaganie

Przesłonią słońca promień

Na wiatru żądanie

Tak Ty odbijasz się od ścian

Swego ciasnego umysłu

Myślisz, że myślałeś

Zmyśliłeś się tylko

Że żyłeś, widziałeś

Że widziałeś wszystko

Wędrowiec bez snu i celu

Odwieczny tułacz przeklętego miasta

Zrodzonego z ułudy

Z dumy zapuszczonej

Z korzennego upodobania

Do winy cudzej

Oskarżyciel, kłamca, myśliciel

Widział Cię kto kiedy?

Czułeś czyjeś na sobie spojrzenie?

Nie, nigdy…

Przecież to tylko my wkoło

My – Cienie