Nie wszystek…

…umrę.

Wciąż zastanawia mnie opcja reinkarnacji. Możecie się nie zgadzać, każdy żyje w zgodzie z sobą. Czy chodzi o wiarę czy raczej nadzieję, że to co czynimy tu i teraz będzie mieć odbicie w tym innym świecie. Żyjemy przecież z wyrokiem śmierci – każde życie jest nim obciążone. Często zastanawia mnie, czy to takie istotne w co się wierzy? Niebo to też jest inny świat, co oznacza, że zmieniamy tylko formę. Szkoda, że wiara jest taka restrykcyjna w swoich zasadach i nie można wierzyć w elementy każdego wyznania, takie, które wydają się najbardziej prawdopodobne. Ale porzucając ten tok myślenia, rzucam temat do zastanowienia dla tych mniej ograniczonych. Może macie czasem wrażenie Déjà vu? A nie zastanawiacie się skąd się bierze? Może to nie umysł płata nam figle tylko duch? Duch, który przeżył już wydarzenie wcześniej. Może to są takie małe wskazówki dla nas w domniemanie, że żyliśmy już i nie jest to pierwsze wcielenie… takie snuję domysły…nie na niepodważalność, ale na pstryczek w nos.

Kandra i Pries

– Erestejo! – usłyszała cichy krzyk za swoimi plecami.

Szła wysokim i szerokim korytarzem w zamku królewskim Hereneas. Korytarz oświetlony jedynie płonącymi wzdłuż niego pochodniami wyglądał mrocznie i nieprzyjemnie. Nie lubiła tych ludzkich budowli, zamknięte na słońce twierdze, gdzie życie kwitło w półmroku. Odwróciła się z ręką przygotowaną na rękojeści miecza. Dostrzegła tylko szczupłą sylwetkę Priesa, królewskiego doradcy. Człowiek ten wyszczuplał jeszcze bardziej, o ile to możliwe, odkąd widziała go ostatnim razem. Jego twarz choć nadal przystojna i łagodna wyraźnie zmizerniała.

– Czemu się skradasz za mną? – spytała go – Tobie wolno chodzić wszędzie.

– Muszę z Tobą porozmawiać, czy moglibyśmy przejść do mojej komnaty?

– Wybacz, nie dzisiaj. Jest już późno, a dostałam wezwanie od Twego władcy. Z racji tego, iż cierpliwość nie jest jego przymiotem, nie każę mu dłużej czekać.

I ruszyła przed siebie. Podbiegł do niej i chwycił ją za rękę.

– Zaczekaj. To ja po Ciebie posłałem.

– Ty? – zdziwiła się – jak to?

– Mam do Ciebie prośbę, i tylko Ty możesz mi pomóc.

– Więc to nie król mnie wezwał?

Pokręcił głową. Strażniczka ściągnęła brwi.

– Co mogło być tak pilnego, że posłużyłeś się królewskim wezwaniem?

– Chodź ze mną do…

– Nigdzie z Tobą nie pójdę. Powiesz tu i teraz i nie będziesz więcej marnował mojego czasu.

Spuścił oczy zrezygnowany.

– Przepraszam, że Cię ściągnąłem podstępem, ale sama nigdy byś nie odpowiedziała na mój list.

– Nie, bo Strażnicy nie zajmują się mało ważnymi sprawami.

– Ta sprawa jest ważna – powiedział gorliwie – ważna dla mnie. Musisz znaleźć dla mnie kogoś.

– Kogo?

– Kandrę.

Eresteja westchnęła.

– Nie mogę Ci pomóc. Nie widziałam jej od kilku lat – odpowiedziała zgodnie z prawdą – wiem, że mówią, że jesteśmy przyjaciółkami, ale nie jesteśmy. Spotkałam ją może dwa razy w życiu.

– To dziwne, ona sugerowała, że jesteście.

– Po co jej szukasz i skąd ją znasz? – spytała elfka podejrzliwie.

– Poznaliśmy się pół roku temu. Spotykaliśmy się dosyć często, miesiąc temu zmarł jej mąż i gdy zaproponowałem jej ponowne zamążpójście odmówiła mi…i zniknęła bez słowa.

– Ile Ci ukradła? – rzuciła rzeczowo Strażniczka.

– Ukradła? – popatrzył na nią nie rozumiejąc – tylko moje serce. Nic więcej.

– No, no, no… królewski doradca, opanowany i chłodny ściąga mnie podstępem, bym odszukała złodziejkę serc? Wybacz, to trochę komiczne. Wiesz, że Kandra nie tylko Tobie je skradła? Masz świadomość, że wysyłano za nią listy gończe?

– Tak, wiem…możesz żartować sobie ze mnie, ale błagam…znajdź ją… – jego żałosna poza i prośba wzruszyły w Erestei litość. Powoli kiwnęła głową.

– Spróbuję Priasie, ale – dokończyła widząc nikły uśmiech rozmówcy – nie obiecuję. Mam masę innych spraw na głowie. Lecz może natknę się na jakieś informację o Kandrze.

Nim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, Strażniczka opuściła zamek szybkim krokiem. Zostawiając za sobą mroczny korytarz.

Trzy miesiące później odbyła się walka. Eresteja musiała zmierzyć się z czempionem goblinów, Wielkim Urugh (walczyła w imię krasnoludzkiego plemienia, gdyż gobliny odmówiły walki z krasnoludami, uważając, że są za niscy dla nich i tym samym nie stanowią godnych przeciwników- bądź co bądź było to rozsądne podejście). Czempion miał ponad trzy metry wzrostu i pewnie tyle samo szerokości. Jego ciało pokryte drobnymi włoskami i liszajami wieńczyła równie ohydna głowa, która teraz kołysała się na prawo i lewo popatrując na Strażniczkę stojącą na przeciwko, z wybitnym zainteresowaniem jak na tak tępą istotę. Wielki Urugh trzymał pokaźny miecz w lewej ręce. Jeśli można mieczem nazwać dwumetrowy, zakrzywiony na końcu tasak. Zamierzył się na nią, próbując odciąć głowę. Uskoczyła. Postanowiła zmęczyć przeciwnika. Była lekka i zwinna i nie potrzebowała długich przerw. Nie zamierzała raczyć też nimi goblina. Według zasad pojedynku zabroniono jej korzystania z magii Ognia. Pozostał jej półtoraręczny miecz. Pojedynek trwał kilkadziesiąt minut, nim położyła Wielkiego Urugh. Zmęczony jej lawirowaniem między świstem tasaka, czempion zlany potem, odetchnął ciężko. Eresteja wykorzystała ten moment i przemykając pod ręką trzymającą broń, skoczyła zwinnie na jego plecy i nim tamten zdążył zreflektować co się dzieje, elfka zanurzyła miecz po rękojeść w karku stworzenia.

Po walce zaproszono ją na krasnoludzką ucztę. Co ją zaciekawiło rozmowy zeszły na temat ostatnich wydarzeń w mieście. Ponoć zmarł dość majętny właściciel kamienicy w centrum miasta. Człowiek, który prowadził interesy w Gartbues. Poważany przez rasę panującą. Wielu z ucztujących wypowiadało się o nim z szacunkiem, wielu mówiło, że zmarł na atak serca choć nie do końca mogli w to uwierzyć. Wielu wspominało też o kobiecie, pięknej damie, ostatnio pojawiającej się w jego towarzystwie, z którą ponoć wziął potajemny ślub, która ponoć mieszka w kamienicy, ale mówi się, że wyjeżdża w niedługim czasie. Nie czekając na kolejny toast Strażniczka podziękowała za gościnę i odebrawszy zapłatę w złocie wyruszyła do owej, wspominanej kamienicy.

Otworzył jej lokaj w liberii. Pani domu wyszła pograć w karty z przyjaciółmi. Dowiedziawszy się gdzie, elfka ruszyła do Dzielnicy Złodziei. Znalazła ją w z papierosem w ręku, w sukni wieczorowej w otoczeniu eleganckich panów, ludzi i krasnoludów, którzy patrzyli w nią jak w obraz, ciągle stawiając drinki. Właśnie przetasowywano talię.

– Kandro – Eresteja nachyliła się nad jej uchem.

Kobieta nie podskoczyła. Zaciągnęła się papierosem i wstała odwracając się do Erestei. Tak samo ponętna jak zawsze. Zatrzepotała długimi rzęsami w stronę swoich karcianych wielbicieli i rzekła do nich:

– Następne rozdanie beze mnie, musicie mi wybaczyć.

– Ależ Pani, Twoja przyjaciółka może zagrać z nami – krzyknął jeden z towarzystwa. Tym razem odpowiedziała mu elfka.

– Nie tym razem.

Odwróciła się i wyszła za Kandrą na rozświetloną lampami w wieczorową porę ulicę.

– Więc na to potrzebne Ci te wszystkie zbytki, złoto, tych biednych mężczyzn? Na karty? – spytała Strażniczka kpiąco.

Kobieta westchnęła.

– Erestejo, oczywiście, że nie tylko na to. Jakże byłoby to próżne i bezcelowe z mojej strony? A mężczyźni? Czy oni tacy biedni? Spójrz na mnie… Mogą mieć moje wdzięki, moje ciało…to kosztuje. Jeśli chcą płacić…nie sprzeciwiam się.

Elfka uśmiechnęła się i pokręciła głową na tą bezczelność. Kandra miała tupet i pychę…oraz rozbrajającą szczerość.

– Ale skąd Ty się tu wzięłaś? Słyszałam coś o pojedynku. Skoro stoisz przede mną, znaczy, że ten drugi jest martwy? Dobrze…szkoda byłoby takiego ciała – mrugnęła do niej.

– Spotkanie z Tobą to zrządzenie losu. Obiecałam komuś, że postaram się Ciebie odszukać. Brak wieści o Tobie przez kilka miesięcy, a tu nagle…przypadek.

– Kto kazał mnie odszukać? – spytała podejrzliwie Kandra.

– Pries – odparła krótko Strażniczka.

Kobieta westchnęła głęboko i odwróciła wzrok.

– Czego chce?

– Odzyskać coś co mu zabrałaś… serce.

– Biedny głupiec – ponownie westchnęła Kandra.

Coś w jej głosie zmieniło się jednak. Nie był tak bezpretensjonalny i opanowany.

– To samo mu powiedziałam – zaczęła Eresteja – uprzedziłam go przed Twoimi licznymi podbojami, ale on…

– …tak? – dociekała.

– Ale on nie chciał słuchać. Chce koniecznie Cię odnaleźć.

Elfka przyjrzała się jej.

– Kandro…czy Ty coś do niego czujesz?

– Nie no skąd taki pomysł? – nazbyt szybko zaprzeczyła.

– Po Twojej reakcji. Powiedz. Nie oszukasz mnie już.

– Tak jakbym kiedykolwiek próbowała…

– Nie zmieniaj tematu.

– Dobrze… – kobieta oparła się o ścianę najbliższego budynku. Eresteja podeszła do niej – może go…lubię.

– Dlatego go nie okradłaś? Bo go lubisz? A ilu mężczyzn lubiłaś w ten sposób, by zostawić w spokoju ich majętność?

– Niewielu…

– Żadnego z tego co się orientuję. Kochasz Priesa, czy tak?

– A jakie to ma znaczenie?

– Przecież możesz z nim być! On też Cię kocha! – odparła Strażniczka w lekkiej złości, gdy trzeba przedkładać komuś proste fakty.

– Nie mogę z nim być. Daj spokój. – odpowiedziała cicho – jestem niestabilna. Nie mogłabym osiąść w jednym miejscu z jednym mężczyzną. To…wbrew mojej naturze.

– A próbowałaś?

Pokręciła głową i powiedziała.

– Nie i nie zrozumiesz tego. Jesteś stworzona do życia jakie prowadzisz, tak jak ja do swojego. Nie mam czasu na sentymenty. Ustatkować się u boku królewskiego doradcy? Może czuję coś do Priesa, ale po jakimś czasie życie jakie on prowadzi zaczęłoby mnie nużyć, a on przywiązałby się i trudniej przyszłoby rozstanie.

– Aha! Wolisz nie próbować, przewidując bieg historii z góry? Brak w tym sensu, Kandro.

– Może dla Ciebie. Ja żyję według jednej zasady. Trzeba nadążać za światem, bo inaczej świat i ludzie Cię zmiażdżą, albo zginiesz w tłumie. A ja nie dam się zgnieść przez motłoch. Prę naprzód i nikt mnie nie spowolni.

Odwróciła się i ruszyła przed siebie, przywołując powóz. Eresteja krzyknęła za nią.

– Co mam mu odpowiedzieć?!

Wychynęła z powozu i odkrzyknęła.

– Niech mnie nie szuka! Przy mnie nie znajdzie szczęścia!

Powóz toczył się powoli nim zniknął za rogiem.