Stefan – początki i przedstawienie

Miałem na imię Stefan,

i byłem samotny, bo byłem trudny,

a nikt nie lubi zagadek uciążliwych.

 

Tak powinni napisać na moim nagrobku…

 

Ale nim przejdziemy do końca rzućmy się w wir opowieści o tym, jak doszło do tego, że już myślę o nekrologu.

 

Jeszcze raz…

Mam na imię Stefan, lat 27, stan cywilny: bezwolny,  stan majątku: złupiony do ostatniej złotówki

 

 

 

Czy znajdzie się kto na tyle odważny,

By nie patrząc pod nogi raz spojrzeć w gwiazdy?

 

..spojrzałbym, ale pewnie zaraz leżałbym jak długi na tym chodniku gdzie nikt nigdy nie chodzi, tylko ja tu raz za czas się znajdę. Dobra, nie oszukujmy się.. codziennie, idę tym samym chodnikiem, między tymi samymi blokami, które niektórzy nazywają domem, a które są tylko marnym wytworem ludzkiej sztuki budowlanej, myśli technicznej, zwał jak zwał, dla mnie to klatka, więzienie, sąsiad zza ściany, który w trzech wulgarnych słowach potrafi opisać swój dzień, system polityczny, pogodę i zmiany klimatu. Przynajmniej wiecie gdzie mieszkam- osiedle Bez Widoków 6/67. Czasem dywaguje nad tym czy czasem  nr mieszkania nie powinien wyglądać tak: 6/66, bo mój „dom” to istne piekło. Wszyscy zachowując pozory tolerancji, atmosferę rodzinnego ciepła zmieniają  mój stosunek do instytucji rodzina. A ja.. jestem Stefan. Wtórny analfabeta, grafoman, niespełniony poeta, dziennikarz, władca słów, uwodziciel- styl mucha na lep. Upośledzony uczuciowo, nadwrażliwy, odrealniony, problematyczny, małostkowy, kochający na zabój, nieukrywający niczego- co z oczu to z serca, nienawidzący rzeczywistości, chłamu piśmienniczego, i całego tego gówna co się światem zowie. No..wreszcie ktoś to zrozumie, moje zawiłe plądrowanie własnego umysłu, niezdolność do nie-marzycielstwa, stąpania po ziemi, WIECZNEGO nieudawania, szczerości, zmienności wyznań- lecę gdzie wiatr zawieje, poglądów- których tylko krowa podobno nie zmienia. Jestem bo być muszę, a gdyby mnie nie było, to bym się nie pogniewał, i nikt by nie zauważył.

 

Chciałem być Harrym Potterem- jako dziecko, z którego nie wyrosłem, bo jak każdy mimo iż się nie przyznaje, dzieckiem jest. I jak to niektórzy czekają na list z Hogwartu, ja też czekałem..dłuugo. Ale żadnej depeszy, priorytetu z miesięcznym opóźnieniem nie było. Co więcej żadna pierdolona sowa nie chciała się nawet wysrać na chodnik przed blokiem nie mówiąc już o roznoszeniu poczty. Moje marzenia nie pierwszy, nie ostatni lecz po raz wielokrotny legły w gruzach.

Nie mam przyjaciół. Mam za to żerujących na moich artystycznych uczuciach i braku przywiązania do rzeczy materialnych, acz koniecznie niekoniecznych- pieniądzach, znajomych, z którymi mogę pić, śmiać się i nie bardzo rozmawiać.

Mam talent do przerostu formy nad treścią, lecz to już pewnie zauważyliście, jako że nadmiar słów niedopasowanych, zbędnych całkiem raczej rzuca się w oczy. W dodatku nie chodzę ze słownikiem, encyklopedią, nie znam znaczeń większości słów, czym akurat nie bardzo się przejmuje jak większość społeczeństwa nie pojmuję co znaczy miłość, radość, nie narzekanie, obsesja, uczciwość. Ale wracając do głównego motywu, czyli dzieciństwa…zacznijmy od imienia.

Czy śmieszy was imię Stefan? (nie obrażając przy tym żadnego Stefana), powiem, że mnie bardzo. Jakbym rozumiał jako niemowlę jakie rodzice dają mi imię na chrzcie, to zamiast wyć w kościele zacząłbym się śmiać, jak połowa mojej rodziny. Co w tym imieniu jest takie śmieszne? Nie wiem… ale jak to jest wołać do dziecka „Stefanie, mógłbyś tu podejść?”, „Stefanie, posprzątaj pokój”, „Stefanie, nie rób min przy cioci Apolonii, dobrze wiesz, że niedowidzi i myśli, że się do niej uśmiechasz”. To brzmi jakoś poważnie. No cóż, do wszystkiego można się przyzwyczaić, ale przyzwyczajać się do czegoś, co od początku się nam nie podoba, to tak jak zgasić płomień, pójść na ustępstwa, pogodzić się z losem, darować sobie walkę, bić się później z myślami- oj, chyba nie mówię już o imieniu.

Mam na imię Stefan i jestem z tego dumny, w końcu było wielu zacnych Stefanów- Stefan Batory, Stefek Burczymucha, Stefan Czarniecki, Stephen Spielberg.

Wiecie już też gdzie mieszkam, jak mi na imię, jakie mam kompleksy- ale te umysłowe to nie wszystkie.

Jak wyglądam? Mogę podać wam opinię cioci Apolonii, która ciągle szczypie mnie w policzki i wydaje nieartykułowane dźwięki typu- ujtitititi, słodziaczek… Mogę też się opisać: 1,80m wzrostu, kruczoczarne włosy, lekki zarost, duży nos, mocno zarysowana szczęka, szczupły, ale nie za chudy.

Ubieram to co mam w szafie, nie bardzo o to dbam, choć jak przystało na pedanta, którym oczywiście jestem, w szafie panuje nieporządek, ale skarpetki muszą być zawsze sparowane.

Znów popadam w samouwielbienie, ale musicie wiedzieć jak wyglądam, skoro macie dotrwać do końca tej jakże niezajmującej lektury, a poza tym odrobina samolubstwa też musi być, jako że to mój tekst.

Dziadek Tadeusz to by mi nagadał, że jak ciota się zachowuje, a jego hasło na każdą taką okazję brzmi „gdybym ja był Panem Tadeuszem, to bym na Zosię nawet nie spojrzał przy Telimenie, nie ma to jak doświadczona kobieta”- ups, to nie na tą okazję. Poprzestańmy na tym…