Bitaja i Karan

Bitaja i Karan

Przechadzała się po łące. W kielichach kwiatów drżała woda pozostała po wieczornym deszczu, w niej odbijało się światło Księżyca. Łowiła uchem cykanie świerszczy i brzęczenie świetlików. Czuła zapach zroszonej trawy i tchnący orzeźwieniem ciepły, letni wiatr, jak zwykle po burzy. Gdy ziemia łamie się pod naporem grzmiącego nieba, daje mu rozkosz zmycia duszących win i czeka jak cierpliwa kochanka, aż ustanie jego…

-…gwałtowność – ktoś dokończył jej myśli na głos.

Bitaja odwróciła się, przyjmując łagodne oblicze, jak zwykle gdy spotykała na swej drodze śmiertelnika. Liczni w nią wierzyli, często próbowali łapać ją na łące, przyczajali się, obserwowali uważnie. Rzadko dawała się zaskoczyć, zdziwiło ją więc to spotkanie. Przypadkowy przechodzień na jej łące w Noc Księżycową? Które to noce zdarzały się rzadko, jedyne podczas których kwitł kwiat Niezgody. Zerwała go wcześniej i mogła wracać do swej chaty, zabawiła jednak dłużej, delektując się powiewem świeżości, gdy ciszę przerwało nadejście nieznajomego.

– To niebezpieczne czytać kobiece myśli, mój drogi. Nie panuje w nich ład, są jak bezkresny labirynt – powiedziała.

– Labirynty słyną z braku porządku, a znalezienie w nich reguły wiąże się ze skutecznością nieszczęśnika, który się w nich znajdzie.

– Wielu owych nieszczęśników już tam poległo – odpowiedziała hardo. Rozmówca podszedł bliżej. Ukazał się jej wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna, w stroju łucznika. Jasna, lniana koszula z długim rękawem opinała tors, ukazując zarys mięśni brzucha i opadając luźno na ciemnozielone spodnie. Przez plecy przewieszony miał łuk i kołczan. Tym co przyciągnęło jej spojrzenie była twarz. Mogłaby zostać uznana za przystojną…przynajmniej jej prawa strona. Lewą szpeciły blizny po oparzeniu. Oko przepasano czarną opaską, związaną z tyłu głowy.

– Gdyby nikt tam nie poległ, ów labirynt mógłby być niewart prób przejścia. A to zachęcająca perspektywa, by próbować się do niego dostać.

– Ciekawe czy równie trafnie strzelasz z łuku jak ważysz słowa.

Mężczyzna uśmiechnął się odsłaniając równe, białe zęby, wyglądające dość drapieżnie. Zdeformowana twarz tchnęła grozą. Lecz w zdrowym, zielonym oku iskrzyło się rozbawienie, przeczące całemu grymasowi.

– Mnie zaś ciekawi bardziej, dlaczego piękna nieznajoma spaceruje sama po łące w Noc Księżycową… czyżby spodziewała się znaleźć tutaj coś co rośnie tylko w tę noc?

Bitaja uśmiechnęła się.

– Być może…być może też i Ty nie znalazłeś się tutaj przypadkiem?

– Nic nie dzieje się bez przyczyny – rzekł szybko i chwycił ją w ramiona. Wierzgała próbując się uwolnić, ale trzymał ją mocno i spętał ręce srebrnym łańcuchem, lekkim, ale misternym, podejrzewała, że także niezwykle wytrzymałym.

– Więc wiesz już kim jestem?

– Owszem – odparł lekko zasapany – czarownicą, której szukam od dawna.

– Jesteś Królewskim Łucznikiem – domyśliła się i przeklinała za brak czujności.

– Wygląd przeczy temu, ale tak, jestem.

– Co ze mną zrobisz? – spytała, gdy pociągnął za łańcuszek i zaczął prowadzić ją za sobą.

– Miałem Cię tylko pochwycić, co do reszty Twej roli zadecyduje Król.

Mało pocieszające – pomyślała. Obecny panujący słynął z surowości. Jego bezwzględne metody dławienia buntów i ekspansywna polityka przyczyniły mu wielu wrogów. Skrytobójcy w zamkowych alkowach podobno roili się jak mrówki, opłacani przez władców sąsiednich krain, oraz ojców porywanych dziewcząt. Król bowiem miał kilka żon, a jeszcze więcej nałożnic, uprowadzanych z wiosek i szlacheckich dworków. Nic dziwnego, że potrzebował Królewskiego Łucznika. Każdy następca tronu miał takiego sługusa. Cichy i skuteczny, nieuchwytny, posłuszny, podlegający tylko jednemu panu, nieprzekupny. Różne słuchy chodziły o Łucznikach, Bitaja jednak do tej pory nie spotkała żadnego. Do tej pory… Spojrzała na plecy mężczyzny idącego przed nią.

– Jak w ogóle masz na imię? Królewski Łucznik to chyba tytuł nieprawdaż?

– Jestem Karan – rzucił zza pleców, nie odwracając głowy.

No Comments

Post a Comment