Nowy początek – Strażnicy Światła i Mroku

Omiotła spojrzeniem swych wielkich, błyszczących, oczu koloru czekolady, (którą tak nawiasem mówiąc uwielbiała) pomieszczenie, teraz przypominające pole bitewne. Zebrała brązowe, długie kręcone włosy i związała je sznurkiem. Zawsze jej przeszkadzały, ciągle odgarniała je z czoła. Tym razem musi mieć czyste pole widzenia. Nieźle narozrabiała. Do czego to doszło, by musiała używać ciemnej strony? To zbliżało ją do tego drugiego Strażnika. Wyrzucała sobie, że tak bardzo chciała znów go zobaczyć! Ale musi to opanować.

– Zobaczmy – powiedziała do siebie składając części układanki rozrzuconej po drewnianej podłodze.

Nie przypominało to żadnego obrazu. Tworzyło coś w rodzaju schematu. Czarne linie przebiegały po brudnym, wytartym papirusie. Dopasowała elementy, ale brakowało kilku. Rozejrzała się lecz nie dostrzegła żadnego więcej oddartego kawałka zwoju. Na podłodze leżeli nieprzytomni złodzieje, którzy to okradli świątynię Światła z pilnie strzeżonej tajemnicy, ze Zwoju Istnienia. Jako Strażniczka musiała chronić tą tajemnicę, by nie ujawniła się zbyt wcześnie. Wiedziała, że świat nie jest na to gotowy. Sama nigdy nie odważyłaby się otworzyć Zwoju. Ale teraz leżał przed nią podarty, a na tych ciemnych liniach, które przecinały się nie zachowując żadnej logicznej całości wypisane były poziomo, pionowo, na skos, i od tyłu słowa, które dla niej łączyły się w wiersz:

Przyjdzie ten co szarpie struny świata

Odgarnie nicość z czoła i chwyci miecz

Klinga obosieczna dosięgnie straceńców

Tych co za życia umarli z zepsucia

Zrodzony w dwojakiej naturze

Będzie widział co w dole i w górze

Przyjdzie na zgubę i ratunek

Dla nieuleczonych końcem

Wątpiącym z nadzieją

W jego rękach władza

By pojednać światy

By wreszcie Strażników

Zastąpiło życie

 

Niewiele zrozumiała z tej czytanki lecz ostatnie zdanie zasiało w niej niezrozumiałe uczucie. „Strażników zastąpiło życie”… co to znaczy, myślała. Póki co jednak musiała odłożyć na bok rozmyślania, bowiem nowy dzień omiótł brzaskiem świat za zaparowanym, karczemnym oknem, napełniając jej serce otuchą do spełnienia swojego obowiązku względem ludzi. Wyszła za drzwi przybytku i powoli wmieszała się w gwar ulicy, która napełniła się życiem przechodniów i ich codziennymi troskami. Ahli Sihir zaczerpnęła powietrza, zerknęła jeszcze na zwitek papierów w ręce, pozostałości Zwoju Światła i myśląc o tym jak blask dnia nadaje światu kolorów wspięła się w górę  po schodach do świątyni. Budynek był przestronny i jasny. Kamienne filary podpierały strop, a ściany z drewnianych bali nadawały przytulności mimo wysoko sklepionego sufitu, wielkie okna przeszklone kolorowymi witrażami wpuszczały wielobarwną gamę światła. Rotunda zwieńczona kopułą położona w sercu miasta przyciągała chorych i kalekich. Takimi też ludźmi zajmowała się Strażniczka. Zazwyczaj nie opuszczała swego przybytku, wpatrując się w przechodniów za oknem. Widziała ludzkie dobro, i tylko dobro. Pomagała tym, których dobro nadszarpnięto, uzdrawiała ich siłą przekonań. Jej oczy potrafiły przejrzeć na wylot, a spod ich spojrzenia nie było ucieczki. Ofiarowując swój czas innym tak, że każdy czuł się zrozumiany i wyjątkowy. Dziś jednak wróciła myślą do bitwy w karczmie, odnalazłszy złodzieja Zwoju zadbała o jego odzyskanie. Jednak strapiło ją, iż musiała użyć przemocy. Widziała w nim cząstkę dobra, a musiała go skrzywdzić, bo obowiązek przeważył. Pokręciła głową i zapatrzyła się w grę światła na ścianie. Po chwili jednak słysząc płacz dziecka, wróciła do swoich odwiecznych zadań.

Obserwował ich od kilku dni. Czy ludzkie demony zawsze ubierają się na czarno? – zastanawiał się uśmiechając krzywo pod nosem. Tak wyglądał jego świat. Dookoła czerń i szarość. Poprawił marynarkę i kołnierzyk koszuli ruszając ostrożnie przed siebie. Nie atakowali go lecz patrzyli podejrzliwie. Jego stadko zepsutych dusz, których ciemna strona skradła przy narodzinach. Wciąż wielką zagadką pozostawało jak i kto rozdziela te dusze. Dlaczego jeden rodzi się z dobrem, inny ze złem? Przeszedł przez ciemne zaułki na tyłach zabudowań, ludzkich osiedli. Nabrał w płuca zatęchłego powietrza miasta. Wyczuł odór rozpaczy i gniewu. Budziły w nim i odrazę i podniecenie. Niezaspokojona żądza a zarazem pustka, którą wypełnić mogło światło. I widział to światło, w Niej. Przeczesał długimi palcami czarne włosy, zagarniając je do tyłu. Przenikliwe niebieskie oczy dostrzegły ruch z prawej strony. Jednak napastnik widząc je zrezygnował z ataku, wycofał się pośpiesznie. Indark szedł dalej myśląc o Niej. Myślał, odkąd spotkał ją ostatnim razem przy kolejnych nudnych Narodzinach, gdzie znów los decydował czy obdarzyć nowonarodzonego światłem czy demonem. Tym razem wybrał światło i tamta Strażniczka złożyła pocałunek na czole dziecka. Uśmiechając się przy tym promiennie. Mógłby oglądać ten uśmiech przez całą swą nieśmiertelność. Znów skrzywił usta pod nosem „szkoda, że tak krótko trwają te chwile”. Strażnicy przebywali w swoim towarzystwie tylko w chwili wyboru losu. Tak krótkie były te chwile jak przeciągłość spojrzenia czy pojedynczy dźwięk. Westchnął przeciągle wchodząc do mrocznego, kilku piętrowego budynku, który wybrał jako miejsce swej egzystencji. Przeszedł źle oświetloną klatką schodową, na której stali rozrzuceni po kątach ludzie, czy raczej ludzkie cienie, demony. Kryli twarze w dłoniach łkając, ale byli też tacy, co bili słabszych. Znudzony zatrzasnął drzwi mieszkania. Nie zapalał światła, nie współgrało z nim. Widział doskonale w ciemności i znał na pamięć każdy zaułek pomieszczenia. Usiadł w fotelu naprzeciwko okna i popatrzył na swoje miasto. Noc ciskała w koło spojrzeniem czarnych oczu lecz spod przymkniętych jej powiek sączyło się blade światło gwiazd. To było jedyne światło jakie tolerował. Napawał się nim czekając na znak kolejnych narodzin, na wezwanie. Za chwilę powinien też rozejrzeć się za swoimi ofiarami, demonami, które uwalniał z tego świata, gdyż odbyły już swą karę – życia. „Lecz to za chwilę”, myślał, złączył cienkie palce i podparł na nich podbródek.

Usłyszała wezwanie. Ruszyła pędem. Biegła przez wąskie uliczki kierując się głosem wezwania. Już stanęła w odpowiednich drzwiach. On też tutaj był. Indark.

Kobieta rodziła w wielkim bólu, nie widziała nigdzie ojca, który przytrzymał by ją za rękę.

Strażnik demonów widział jak ojciec nowo narodzonego gładzi powietrze przed sobą. „No tak – pomyślał – on demonem, ona światłem, ciekawe dlaczego są razem”. Lecz nagle odwrócił się. Jego oczy napotkały te w kolorze czekolady, a burza kręconych włosów przesłoniła widok demonicznego ojca. Już pochylała się nad swoją podopieczną.

Poród potrwał dłużej więc zagadnął do niej.

– Nie podchodź bliżej, to los ma wybrać – powiedział ochrypłym głosem, dawno z nikim nie rozmawiał.

– Ty nie chcesz podejść? – odwróciła się, kierując spojrzenie na niego.

– Wolę pozostać tutaj.

– Narodziny to cud, nie chcesz w nim uczestniczyć? – spytała lekko zaintrygowana.

– Interesuje mnie efekt końcowy.

Usłyszeli płacz. Ahli Sihir nie zobaczyła jednak co się urodziło.

– Chłopiec – powiedział do niej Indark, jakby czytając w jej myślach – tym razem mnie się nie poszczęściło. Kolejny niegrzeczny chłopiec.

Mrugnął do niej łobuzersko i zniknął.

Strażniczka światła patrzyła jeszcze chwilę na zmęczoną, spoconą, lecz uradowaną matkę. Zastanawiała się ile bólu sprawi tej kobiecie owoc jej łona.

Dni powtarzały się. I noce były jednakie. Jednakowo puste. A zarazem przepełnione emocjonującym wyczekiwaniem na kolejne wezwanie. Gdy ich oczy znów się spotkają. Dziwna bowiem tęsknota ogarnęła Strażników. Jeszcze nigdy światło i mrok tak bardzo nie łaknęły siebie nawzajem, iż granicę między nimi zostały zatarte w chmurnym świcie. Indark delektował się widokiem Ahli Sihir, wymieniali czasem słowo lub dwa. Oboje czuli, że to za mało. Ona czekała na jego łobuzerskie i nieodgadnione oczy, on zaś w jej spojrzeniu widział tyle blasku i słodkiej obietnicy spokoju, którego niedostatek widział u siebie. Widziała w nim bowiem cząstkę o której on dawno zapomniał. Może nawet nigdy jej nie odnalazł?

Skupił się w myślach nad tym co zdążyła mu zdradzić. Zwój Światła. I to co na nim napisano. Koniec Strażników? Szczerze odetchnąłby z ulgą, ale Ona się tym przejęła. Pragnął więc zwrócić na to większą uwagę. Po namyśle stwierdził, że na nic gdybanie. Trzeba zaczekać, aż nastanie nowy porządek. Może wtedy mogliby być razem?

Przy kolejnym spotkaniu gdy o tym wspomniał Ona posmutniała.

– Nic więc mamy nie czynić? Tylko czekać? – spytała.

– A proponujesz coś lepszego? Może to jest nasza szansa, by wydostać się stąd…ucieczka od obowiązków.

– Sęk w tym, że nie chce uciekać. To jest moje życie. Niosę pomoc – tak jak zawsze chciałam.

Spojrzał w jej czekoladowe oczy i stwierdził z goryczą, której nie udało mu się ukryć.

– Wybierasz swój los i tych ludzkich nieszczęśników niż być ze mną? A to co jest między nami? Czy ma to jakieś znaczenie?

Rozległ się płacz dziecka. Nie zdążyła odpowiedzieć, porwał nowo narodzoną dziewczynkę w objęcia i rzekł jeszcze do Strażniczki:

– Punkt dla mnie. Chyba jedyny w dzisiejszej rozgrywce. Choć wolałbym zdobyć go w czymś innym.

Ahli Sihir rozmyślała godzinami nad słowami Indarka. Czy to tak musi być? Czy musi porzucić swoją rolę Strażniczki Światła dla tego nieznanego dziecka? I dla drugiego Strażnika. Czy przyciąganie jakie do niego czuje jest ważniejsze? Czy wypełniłoby przestrzeń i dało tyle satysfakcji co niesienie dobra i pomocy innym? Szczerze wątpiła, może tylko chwilowo. Przeżywszy życie na naprawianiu jednej osoby straciłaby szansę na naprawianie świata. Lecz czy nie warto byłoby pokusić się o to proste szczęście? Wtedy po raz pierwszy w oczach koloru czekolady wykwitł strach.

Indark urażony zachowaniem Ahli Sihir przy kolejnych spotkaniach zerkał tylko na nią dyskretnie, nie mogąc powstrzymać tego odruchu, korzystając z momentu gdy mógł ją widzieć. Ona jednak wpatrywała się w nowo narodzonych. Potem znikała wraz z pierwszym płaczem dziecka. A on odchodził targany złością, wątpliwościami i coraz głębszym jej pragnieniem. Była jak Słońce, gdy na niego padały promienie obdarzały go ciepłem, gdy odchodziła, wkoło panował chłód.

Wdawał się nawet w bójki uliczne, wyładowując swoją energię na tych przeklętych demonach, które blokowały mu drogę do wolności, do pozbycia się tego przykrego obowiązku. Złapał się na tym, że oczekuje narodzin tego nieznanego, przepowiedzianego dziecka. I wypatrywał go pilnie przy kolejnych Narodzinach.

Pewnego razu ów wyczekany moment nadszedł. Wtedy obydwoje Strażników zobaczyło dziecko. Widzieli lata później jak dorasta, śledzili jego kroki. Chłopiec swobodnie przechadzał się między dwoma światami. Żyjąc wśród demonów i ludzi dobrych. Gdy dorósł buntownicza natura targała nim miedzy światłem a mrokiem. Żył w półcieniu i wiedział, że jego poczynaniom przygląda się dwójka odmieńców, którzy nie widzieli siebie nawzajem, ale widzieli jego. Często pojawiali się tam gdzie on. Śmiał się widząc ich o krok od siebie, patrzących sobie w oczy, a nie widzących. Na wyciągnięcie dłoni. Wtedy to postanowił ich połączyć. W snach czytał zwój, z którego wynikało, że może to zrobić. Może połączyć mrok i światło. I uwierzył w to, poznał swoją misję. Lecz czy szczęście dwojga osób zależy od przepowiedni? – często zastanawiał się nad tym, może to dotyczy tylko tych dwojga. Spróbował działać tak jak podpowiadała mu intuicja. Gromadził ludzi z dwóch stron, dobrych i złych i mieszał ich ze sobą. Pokazywał przeciwieństwa, przekonywał do uznania odcieni szarości, do pogodzenia się z niejednoznacznością myśli, z tym że prócz radości jest też gniew, a nienawiść z miłością są dwoma skrajnościami, ale bliższymi niż usta w pocałunku. I świat zaczął się przeistaczać i nabierać barw. Obraz stał się mało wyrazisty, bez odcinania bieli i czerni grubymi kreskami. Jakby ktoś wylał na płótno farbę.

I Strażnicy zaczęli dostrzegać siebie, na początku tylko cienie, później słabe widmo postaci, a gdy kontury świata się wygładziły dostrzegli siebie w całej okazałości. Lecz widząc ten nowy świat, Indark poczuł, że nie ma już nic do zrobienia. Że jego rola dobiegła końca. Uszczęśliwiony spotkał się z Ahli Sihir na wzgórzu nad miastem. Lecz Strażniczka płakała. Otarł jej łzy i otoczył ramieniem.

– Czemu płaczesz? Teraz możemy być razem. Zostawmy niesnaski i funkcje, zacznijmy żyć.

– Nie wybrałam tego życia. Nie wybrałam Ciebie.

Indark cofnął się i popatrzył w czekoladowe oczy.

– Co zatem wybrałaś?

– Wybrała siebie i chęć niesienia pomocy – odpowiedział zbliżający się do nich wybranek Zwoju Światła – przykro mi Strażniku, chciałem was połączyć. Nawet nie wiesz jak przykro, a zarazem ciekawie było patrzeć jak wasza dwójka ociera się o siebie nie mogąc dostrzec. Jednakże w tym świecie nie ma miejsca dla dwóch Strażników. Coś trzeba wybrać, z czegoś zrezygnować. Zdecydowałem się na światło, a Strażniczka poparła mnie, nie chcąc utracić swoich funkcji.

– Odejdziemy – odrzekł Indark próbując spotkać wzrok Ahli Sihir.

– W Zwoju zapisano, że nie możecie odejść. Nie razem.

Strażnik Mroku bez zrozumienia przyglądał się jak tamten wypowiada nieznaną formułę i zakreśla kształt ręką. Nagle w ramionach mówiącego znikąd pojawiło się niewielkie, okrągłe lustro, w prostej ramie. Przesłonił je dłonią i skinął głową do kobiety.

– Już czas.

– Wybacz mi Indark – szepnęła i dotknęła dłonią jego policzka – nie potrafiłabym żyć z Tobą, może dałoby mi to chwilową radość, ale jesteśmy tak różni!

Z jej oczu płynęły łzy.

– To, że jesteśmy różni czyni nas jednością, nie przeciwieństwem – powiedział cicho po czym odwrócił się do mężczyzny z lustrem –  Stanę się nicością, czy tak? Przestanę czuć? – spytał.

Tamten skinął głową.

Indark podchodząc do lustra odwrócił się na pięcie i spojrzał na Ahli Sihir, dodając:

– Byłaś moim Słońcem.

Zwrócił wzrok na powierzchnię lustra, którego gładka powierzchnia zafalowała i zaczęła pochłaniać Strażnika.

Kłamstwa, kłamstewka

Lubimy się oszukiwać, zwodzić, uwodzić swój umysł wizjami szczęścia albo katastrof. Przewidujemy nieprzewidywalne i mimo wszystko to właśnie się dzieje. Czasem tak jest, że „wykraczemy” sobie swój los. Mówimy, że „o tak, na pewno to się stanie, bo mnie w krzyżu łamie, a zawsze jak mnie łamie to coś złego się dzieje”. I tym sposobem szkodzimy sobie sami. Powiem tylko – jak masz gadać głupio lepiej nic nie gadaj.

Lubimy też kłamać, oj tak…nawet bardzo. Lubujemy się w naginaniu prawdy do swoich potrzeb. I to kłamać nie tylko innym, ale sobie nawzajem, uznając te złudne słowa pocieszenia niekiedy za źródło nadziei, która nigdy nie miała prawa bytu. Chełpimy się, że jesteśmy pomocni i potrafimy doradzać. Potrafimy kłamać i podtrzymywać w duchu kłamstw innych. Czy to złe? Nie mnie oceniać, sama czasem korzystam. Wygoda. Ale czy nie lepiej uświadamiać w prawdzie, czy nie szlachetniej rzec jedno słowo prawdy nad setki kłamstw dla uszu miłych? Mówicie pewnie – „racja, lepiej mówić prawdę i w prawdzie trwać” a myślicie „a czemu nie raczyć się tymi miłymi kłamstewkami co dzień? Jeśli ważę 100 kilo i ledwo mogę przecisnąć się przez drzwi, bo futryna nie puszcza, a ktoś mi powie „ładnie wyglądasz, chyba schudłaś” poczuję się lepiej, niż gdyby ktoś wołał do pana majstra „ej, panie majster, tu trzeba futrynę poszerzyć”?”

Tak, lubimy to…i to bardzo.