Kandra i Pries

– Erestejo! – usłyszała cichy krzyk za swoimi plecami.

Szła wysokim i szerokim korytarzem w zamku królewskim Hereneas. Korytarz oświetlony jedynie płonącymi wzdłuż niego pochodniami wyglądał mrocznie i nieprzyjemnie. Nie lubiła tych ludzkich budowli, zamknięte na słońce twierdze, gdzie życie kwitło w półmroku. Odwróciła się z ręką przygotowaną na rękojeści miecza. Dostrzegła tylko szczupłą sylwetkę Priesa, królewskiego doradcy. Człowiek ten wyszczuplał jeszcze bardziej, o ile to możliwe, odkąd widziała go ostatnim razem. Jego twarz choć nadal przystojna i łagodna wyraźnie zmizerniała.

– Czemu się skradasz za mną? – spytała go – Tobie wolno chodzić wszędzie.

– Muszę z Tobą porozmawiać, czy moglibyśmy przejść do mojej komnaty?

– Wybacz, nie dzisiaj. Jest już późno, a dostałam wezwanie od Twego władcy. Z racji tego, iż cierpliwość nie jest jego przymiotem, nie każę mu dłużej czekać.

I ruszyła przed siebie. Podbiegł do niej i chwycił ją za rękę.

– Zaczekaj. To ja po Ciebie posłałem.

– Ty? – zdziwiła się – jak to?

– Mam do Ciebie prośbę, i tylko Ty możesz mi pomóc.

– Więc to nie król mnie wezwał?

Pokręcił głową. Strażniczka ściągnęła brwi.

– Co mogło być tak pilnego, że posłużyłeś się królewskim wezwaniem?

– Chodź ze mną do…

– Nigdzie z Tobą nie pójdę. Powiesz tu i teraz i nie będziesz więcej marnował mojego czasu.

Spuścił oczy zrezygnowany.

– Przepraszam, że Cię ściągnąłem podstępem, ale sama nigdy byś nie odpowiedziała na mój list.

– Nie, bo Strażnicy nie zajmują się mało ważnymi sprawami.

– Ta sprawa jest ważna – powiedział gorliwie – ważna dla mnie. Musisz znaleźć dla mnie kogoś.

– Kogo?

– Kandrę.

Eresteja westchnęła.

– Nie mogę Ci pomóc. Nie widziałam jej od kilku lat – odpowiedziała zgodnie z prawdą – wiem, że mówią, że jesteśmy przyjaciółkami, ale nie jesteśmy. Spotkałam ją może dwa razy w życiu.

– To dziwne, ona sugerowała, że jesteście.

– Po co jej szukasz i skąd ją znasz? – spytała elfka podejrzliwie.

– Poznaliśmy się pół roku temu. Spotykaliśmy się dosyć często, miesiąc temu zmarł jej mąż i gdy zaproponowałem jej ponowne zamążpójście odmówiła mi…i zniknęła bez słowa.

– Ile Ci ukradła? – rzuciła rzeczowo Strażniczka.

– Ukradła? – popatrzył na nią nie rozumiejąc – tylko moje serce. Nic więcej.

– No, no, no… królewski doradca, opanowany i chłodny ściąga mnie podstępem, bym odszukała złodziejkę serc? Wybacz, to trochę komiczne. Wiesz, że Kandra nie tylko Tobie je skradła? Masz świadomość, że wysyłano za nią listy gończe?

– Tak, wiem…możesz żartować sobie ze mnie, ale błagam…znajdź ją… – jego żałosna poza i prośba wzruszyły w Erestei litość. Powoli kiwnęła głową.

– Spróbuję Priasie, ale – dokończyła widząc nikły uśmiech rozmówcy – nie obiecuję. Mam masę innych spraw na głowie. Lecz może natknę się na jakieś informację o Kandrze.

Nim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, Strażniczka opuściła zamek szybkim krokiem. Zostawiając za sobą mroczny korytarz.

Trzy miesiące później odbyła się walka. Eresteja musiała zmierzyć się z czempionem goblinów, Wielkim Urugh (walczyła w imię krasnoludzkiego plemienia, gdyż gobliny odmówiły walki z krasnoludami, uważając, że są za niscy dla nich i tym samym nie stanowią godnych przeciwników- bądź co bądź było to rozsądne podejście). Czempion miał ponad trzy metry wzrostu i pewnie tyle samo szerokości. Jego ciało pokryte drobnymi włoskami i liszajami wieńczyła równie ohydna głowa, która teraz kołysała się na prawo i lewo popatrując na Strażniczkę stojącą na przeciwko, z wybitnym zainteresowaniem jak na tak tępą istotę. Wielki Urugh trzymał pokaźny miecz w lewej ręce. Jeśli można mieczem nazwać dwumetrowy, zakrzywiony na końcu tasak. Zamierzył się na nią, próbując odciąć głowę. Uskoczyła. Postanowiła zmęczyć przeciwnika. Była lekka i zwinna i nie potrzebowała długich przerw. Nie zamierzała raczyć też nimi goblina. Według zasad pojedynku zabroniono jej korzystania z magii Ognia. Pozostał jej półtoraręczny miecz. Pojedynek trwał kilkadziesiąt minut, nim położyła Wielkiego Urugh. Zmęczony jej lawirowaniem między świstem tasaka, czempion zlany potem, odetchnął ciężko. Eresteja wykorzystała ten moment i przemykając pod ręką trzymającą broń, skoczyła zwinnie na jego plecy i nim tamten zdążył zreflektować co się dzieje, elfka zanurzyła miecz po rękojeść w karku stworzenia.

Po walce zaproszono ją na krasnoludzką ucztę. Co ją zaciekawiło rozmowy zeszły na temat ostatnich wydarzeń w mieście. Ponoć zmarł dość majętny właściciel kamienicy w centrum miasta. Człowiek, który prowadził interesy w Gartbues. Poważany przez rasę panującą. Wielu z ucztujących wypowiadało się o nim z szacunkiem, wielu mówiło, że zmarł na atak serca choć nie do końca mogli w to uwierzyć. Wielu wspominało też o kobiecie, pięknej damie, ostatnio pojawiającej się w jego towarzystwie, z którą ponoć wziął potajemny ślub, która ponoć mieszka w kamienicy, ale mówi się, że wyjeżdża w niedługim czasie. Nie czekając na kolejny toast Strażniczka podziękowała za gościnę i odebrawszy zapłatę w złocie wyruszyła do owej, wspominanej kamienicy.

Otworzył jej lokaj w liberii. Pani domu wyszła pograć w karty z przyjaciółmi. Dowiedziawszy się gdzie, elfka ruszyła do Dzielnicy Złodziei. Znalazła ją w z papierosem w ręku, w sukni wieczorowej w otoczeniu eleganckich panów, ludzi i krasnoludów, którzy patrzyli w nią jak w obraz, ciągle stawiając drinki. Właśnie przetasowywano talię.

– Kandro – Eresteja nachyliła się nad jej uchem.

Kobieta nie podskoczyła. Zaciągnęła się papierosem i wstała odwracając się do Erestei. Tak samo ponętna jak zawsze. Zatrzepotała długimi rzęsami w stronę swoich karcianych wielbicieli i rzekła do nich:

– Następne rozdanie beze mnie, musicie mi wybaczyć.

– Ależ Pani, Twoja przyjaciółka może zagrać z nami – krzyknął jeden z towarzystwa. Tym razem odpowiedziała mu elfka.

– Nie tym razem.

Odwróciła się i wyszła za Kandrą na rozświetloną lampami w wieczorową porę ulicę.

– Więc na to potrzebne Ci te wszystkie zbytki, złoto, tych biednych mężczyzn? Na karty? – spytała Strażniczka kpiąco.

Kobieta westchnęła.

– Erestejo, oczywiście, że nie tylko na to. Jakże byłoby to próżne i bezcelowe z mojej strony? A mężczyźni? Czy oni tacy biedni? Spójrz na mnie… Mogą mieć moje wdzięki, moje ciało…to kosztuje. Jeśli chcą płacić…nie sprzeciwiam się.

Elfka uśmiechnęła się i pokręciła głową na tą bezczelność. Kandra miała tupet i pychę…oraz rozbrajającą szczerość.

– Ale skąd Ty się tu wzięłaś? Słyszałam coś o pojedynku. Skoro stoisz przede mną, znaczy, że ten drugi jest martwy? Dobrze…szkoda byłoby takiego ciała – mrugnęła do niej.

– Spotkanie z Tobą to zrządzenie losu. Obiecałam komuś, że postaram się Ciebie odszukać. Brak wieści o Tobie przez kilka miesięcy, a tu nagle…przypadek.

– Kto kazał mnie odszukać? – spytała podejrzliwie Kandra.

– Pries – odparła krótko Strażniczka.

Kobieta westchnęła głęboko i odwróciła wzrok.

– Czego chce?

– Odzyskać coś co mu zabrałaś… serce.

– Biedny głupiec – ponownie westchnęła Kandra.

Coś w jej głosie zmieniło się jednak. Nie był tak bezpretensjonalny i opanowany.

– To samo mu powiedziałam – zaczęła Eresteja – uprzedziłam go przed Twoimi licznymi podbojami, ale on…

– …tak? – dociekała.

– Ale on nie chciał słuchać. Chce koniecznie Cię odnaleźć.

Elfka przyjrzała się jej.

– Kandro…czy Ty coś do niego czujesz?

– Nie no skąd taki pomysł? – nazbyt szybko zaprzeczyła.

– Po Twojej reakcji. Powiedz. Nie oszukasz mnie już.

– Tak jakbym kiedykolwiek próbowała…

– Nie zmieniaj tematu.

– Dobrze… – kobieta oparła się o ścianę najbliższego budynku. Eresteja podeszła do niej – może go…lubię.

– Dlatego go nie okradłaś? Bo go lubisz? A ilu mężczyzn lubiłaś w ten sposób, by zostawić w spokoju ich majętność?

– Niewielu…

– Żadnego z tego co się orientuję. Kochasz Priesa, czy tak?

– A jakie to ma znaczenie?

– Przecież możesz z nim być! On też Cię kocha! – odparła Strażniczka w lekkiej złości, gdy trzeba przedkładać komuś proste fakty.

– Nie mogę z nim być. Daj spokój. – odpowiedziała cicho – jestem niestabilna. Nie mogłabym osiąść w jednym miejscu z jednym mężczyzną. To…wbrew mojej naturze.

– A próbowałaś?

Pokręciła głową i powiedziała.

– Nie i nie zrozumiesz tego. Jesteś stworzona do życia jakie prowadzisz, tak jak ja do swojego. Nie mam czasu na sentymenty. Ustatkować się u boku królewskiego doradcy? Może czuję coś do Priesa, ale po jakimś czasie życie jakie on prowadzi zaczęłoby mnie nużyć, a on przywiązałby się i trudniej przyszłoby rozstanie.

– Aha! Wolisz nie próbować, przewidując bieg historii z góry? Brak w tym sensu, Kandro.

– Może dla Ciebie. Ja żyję według jednej zasady. Trzeba nadążać za światem, bo inaczej świat i ludzie Cię zmiażdżą, albo zginiesz w tłumie. A ja nie dam się zgnieść przez motłoch. Prę naprzód i nikt mnie nie spowolni.

Odwróciła się i ruszyła przed siebie, przywołując powóz. Eresteja krzyknęła za nią.

– Co mam mu odpowiedzieć?!

Wychynęła z powozu i odkrzyknęła.

– Niech mnie nie szuka! Przy mnie nie znajdzie szczęścia!

Powóz toczył się powoli nim zniknął za rogiem.

Eresteja, nikłe wspominki dzieciństwa

– Matko, czy mogę już odejść? – Eresteja grzebała widelcem w warzywach na talerzu i patrzyła na swą matkę siedzącą po prawej stronie ojca przy długim stole, w królewskiej jadalni. Komnata była wielka, tutaj ucztowali królowie, odbywały się bale. Wysoko sklepiony sufit opierał się na granitowych arkadach. Liczne łukowate przejścia ułatwiały służącym obsługę sali, a także stanowiły kryjówki w cieniu dla dzieci bawiących się w chowanego. Choć dzieci na elfickim dworze należały do rzadkości. Eresteja wyrosła już z dziecięcych gier, zbliżały się jej 16-ste urodziny, które będą jednym z najważniejszych wydarzeń w wygodnym życiu jakie wiodła – oficjalne wprowadzenie do towarzystwa.

– Pamiętasz o lekcji z Sonujusem? – spytała królowa Iljene.

– Tak…- z rozczarowaniem odrzekła.

– Skąd ten brak entuzjazmu? Sonujus jest wybitnym nauczycielem.

– Tak, matko – odparła markotnie – ale…

– Ale? – w głosie Iliene pobrzmiewało ostrzeżenie, Eresteja zagryzła wargi. Wypowiadanie własnych poglądów zawsze wiązało się z karą.

– Ale…on cały czas mówi tylko o Świcie Poranka, a niania czyta mi co wieczór tą głupią bajkę.

Wiedziała, że powiedziała za dużo.

– Po pierwsze „on” jest Twoim mentorem i ma imię. Po drugie niania czyta Ci tę samą bajkę po to byś ją dobrze zapamiętała, a Sonujus uczy tylko tego o co go prosiliśmy z Twoim ojcem, królem. Po trzecie, moja panno, jesteś na tyle duża, że myślę, iż obejdziesz się już bez niani, a bajkę będziesz czytać sama. Szesnaście lat to wiek dojrzały i liczę, że wykażesz się tą dojrzałością. A teraz spiesz się, nie każ na siebie czekać. Sonujus jest wyrozumiały, lecz nie należy tego nadużywać.

Posłusznie wstała i oddaliła się od stołu, szarpiąc za długą suknię. Zamierzała ogołocić ją z falbanek. Ze złością pospieszyła do komnaty i stargała z siebie ubranie. Została w samej bieliźnie. Rozerwała gorset, ściągnęła pończochy i rzuciła się na łóżko. Cała czerwona ze złości biła pięściami w poduszkę. Usłyszała śmiech zza kotary, podniosła głowę.

– Z czego rżycie? – spytała z oburzeniem w głosie śmiejące się służące – przygotujcie mi kąpiel.

Przestały się śmiać i spojrzały na nią ze zdziwieniem.

– Kąpiel? – jedna zaczęła jąkając się – ależ Panienko, kąpała się Panienka przed obiadem. Pół godziny temu.

– Śmiesz mi się sprzeciwiać? – rzuciła w nie poduszką, pospieszyły do drzwi – może wy też będziecie mówić mi co mam robić? Lepiej uważajcie, bo powiem Matce co robiłyście ze stajennym na sianie! – krzyknęła za nimi.

Po godzinie spędzonej w łaźni, gdy jej włosy rozczesane starannie do obiadu znów zdążyły się skręcić pod wpływem wilgoci, Eresteja ubrała się w koszulę i spodnie. Lubiła to połączenie zapewniające swobodę ruchów, suknie zaś lubiła pod innym względem – spojrzeń zainteresowanych tym widokiem mężczyzn. Ostatnio dostrzegała te spojrzenia coraz częściej, z satysfakcją. Nikt nie wydał się jej jednak na tyle interesujący, by zaszczycić go uwagą. Otwarła drzwi gabinetu królewskiego doradcy. Usłyszała ciche „wejść” i zamknęła je za sobą.

– Spóźniłaś się – powiedział Sonujus głosem spokojnym, zmęczonym i nudnym, który zawsze usypiał ją na lekcjach.

– Wybacz Maestro, musiałam wziąć kąpiel i…

– Winni się tłumaczą, dość wykrętów. Usiądź i opowiedz mi ostatnią lekcję.

Siadła posłusznie naprzeciwko elfa, którego blond włosy poprzetykane pasmami siwizny, rozpływały się na ramiona spod srebrnej opaski. Nim zaczęła mówić, pomyślała, że nigdy nie wyjdzie za elfa, gdyż ich mężczyźni zapuszczają włosy dłuższe niż kobiety, co wygląda zupełnie nie-męsko.

Powtórzyła lekcję sprzed dwóch dni. Brakkere, Dolina Poranka, Świtu. Dolina wiecznej zieleni, gdzie kwiaty kwitną a ziemia wydaje owoce bez względu na czas i dni. Miejsce idealne do przesiedlenia elfów, którzy staliby się pierwszymi wśród innych ras, gdyż nie dotykałyby ich susze, głód. Kto panuje nad żołądkiem żołdaków, panuje nad innymi – podstawowa zasada rządów jej ojca.

– Dobrze zapamiętałaś – pochwalił ją Sonujus – dlaczego to jest dla Ciebie takie ważne?

– Ponieważ ja mam być tą, która wywyższy naszą rasę i ponieważ Królowa Matka kazała mi się tego uczyć.

Wstał nagle rozeźlony.

– Niewdzięczne dziecko! To po to chodzisz na te lekcje?

– Tak -odparła szczerze i buntowniczo – a po cóż innego miałabym się uczyć bajek i bujd, które opowiada mi niania na dobranoc, a które Ty, Maestro powielasz i rozbudowujesz na tych lekcjach, usiłując wmówić mi, że bajki nie są tym czym są w istocie?

Wiedziała, że przekroczyła granicę. Matka ją za to ukarze.

– To nie jest bujda! To legenda wyniesiona ze starych kronik. To żywa historia, nie bajka! A Ty masz być największą Władczynią od czasów Starej Krwi!

– Jeśli moje rządy mają być podyktowane dobrem moich poddanych nie będę poić ich marzeniami. Jakby mnie postrzegano?

– To jest Twoja misja! Masz wyzwolić elfów, uczynić z nich potęgę taką, iż reszta ras odda nam hołd.

– Kogo obchodzą hołdy, duma? No kogo? Tylko zadufanych w sobie głupców – odparła hardo, nie zamierzała teraz poprzestać i tak rozpętała wojnę.

– Ty niedowiarku! Nie uczynisz nic, by zadowolić swój lud? Swoich rodziców?

– A czy ktokolwiek zastanowił się nad tym co zadowoliłoby mnie?

– To zachowanie niegodne władcy. Natychmiast przerwijmy tę dyskusję. Poinformuję o tym zdarzeniu królową Iliene.

– Jak sobie życzysz, Maestro – odpowiedziała drwiąco widząc wzburzenie na jego twarzy. Sama rozemocjonowała opuściła komnatę i pobiegła do stajni. Miała ochotę na przejażdżkę. Nie siodłając swojej klaczy wyskoczyła na niej z boksu i popędziła przed siebie.