Opowieść Kaya

Opowieść Kaya

Rozparli się wygodnie w drewnianych, bujanych fotelach przy kominku. Wieczór był chłodny-jak zapowiedź jesieni. Dawno upragniony odpoczynek sprawiał jej niewypowiedzianą przyjemność. W dodatku Kay siedział obok. Jego ciemne włosy były jak zwykle starannie zaczesane do tyłu. Oparty i rozluźniony nucił coś pod nosem. Rzadki to był widok w obecnych czasach. Znajdowali się za Kurtyną, w kryjówce Strażników Ognia, w miejscu, któremu Eresteja nadała przymioty domu. Ostoi i schronienia, w którym po całym roku wędrówek i niebezpieczeństw mogła zasnąć spokojnie w ciepłym łóżku nie martwiąc się czy obudzi się rano, mogła spać głęboko i śnić. A sny rzadko przychodziły do niej. Cieszyła się więc, że brama świata nocnych wyobrażeń znów stanie przed nią otworem. Razem z Kayem wrócili z Terenów Pogranicza, gdzie banda ohydnych goblinów siała spustoszenie. Wybili ich w zasadzce, po kilku tygodniach przygotowań. Elfka czuła połamane żebra przy oddychaniu, gdy jeden ze stworów złapał ją i próbował zgnieść. Gobliny dysponowały bowiem ogromną siłą, ale nie były mądre. A to nie jest dobre połączenie. Kay ocalił ją, atakując napastnika, ale oberwał w twarz. Na lewym policzku miał krwiaka wielkości kurzego jaja. A jednak nucił pod nosem melodię jednej ze sprośnych karczemnych przyśpiewek.

– Nie wiedziałam, że gustujesz w takich piosenkach – wymruczała cicho – to przystoi obdartusom i dziwkom…

– A co?

– Nie przypominasz wyglądem ani jednego ani drugiego.

Roześmiał się.

– Zamierzasz tu przezimować? – spytała go.

Zamyślił się chwilę nim odrzekł.

– Nie wiem. Może. Nie chcę plątać się kolejnej zimy w śnieżycach i zaspach próbując tropić w śniegu Zatraconych. Nie przynosi to żadnego rezultatu.

Eresteja przypatrzyła się mu.

– Proszę Cię Kay, obowiązki. Ty mówisz, że chcesz sobie odpuścić? A kto przez ostatnie 200 lat strofował mnie, bym ruszyła tyłek, ciągał po lasach, zasadzkach, zmuszał do ciągłego wysiłku? Obawiam się, że po takiej szkole nie mogę usiedzieć w miejscu.

Uśmiechnęła się do niego. Nie odwzajemnił spojrzenia.

– Jestem zmęczony Erestejo.

– Tak, to był ciężki dzień, może lepiej będzie gdy pójdziemy spać.

– Nie o tym mówię – wstał nagle – mówię o tych obowiązkach – zaczął się przechadzać i gestykulować rękami – widzisz, wypełniam swoje powinności prawie dwa razy dłużej niż Ty! Ile może być tych samych dni, tych samych kłopotów, walk, ucieczek? Jestem zmęczony swoją funkcją, chciałbym mieć już zastępcę – dopowiedział cicho.

Eresteja była oszołomiona. Kay, idealny, dobry i szlachetny Kay mówi, że nie chce być Strażnikiem. Jej mentor, przyjaciel i przewodnik. Nie, to niemożliwe. To nie on.

– O czym Ty….-zaczęła.

– Za dużo widziałem. Widziałem plagi chorób, które przesiewały ludność tego kraju. Wojny tak straszne, że samo wspomnienie o rzezi mrozi krew w żyłach. Przyjaźniłem się z wieloma Strażnikami, ileż to już było braci i sióstr? Ilu z nich już umarło? Ilu osób, istot mi nieznanych ocalić nie zdążyłem, bo wybrałem inne wyjście?

– Zaraz… nie możesz się oskarżać o czyjąś śmierć ze względu na swe wybory! Życie to jeden wielki wybór, nie można wybierać na ten sam czas kilkakrotnie! Jesteśmy tylko…

– No właśnie kim jesteśmy? Siostro, żyję już tak długo, że zacząłem zastanawiać się nad tym kim jestem. Czym się stałem? Czuję, że wypełniłem swoją funkcję bez zarzutu, ale czasem mam wątpliwości, bo nikt nie może mnie zapewnić o słuszności mojego myślenia i postępowania!

– Może za dużo rzeczy rozważasz…- podjęła.

– Kiedyś powiedziałaś mi – przerwał jej – powiedziałaś mi, że nie mogę nikogo ocenić właściwie, bo w każdym dostrzegam tylko dobre strony i idealizuje ich postępki.

– Daj spokój. Chciałam się odgryźć, bo zawsze zwalasz moją niechęć do krasnoludów na moje pochodzenie – prychnęła z rozdrażnieniem.

Pokręcił głową.

– Ja po prostu chcę widzieć to dobro, usiłuję w każdym je dostrzec, by usprawiedliwić zło wyrządzone przeze mnie.

– Jakie zło mogłeś Ty wyrządzić? – ze zdziwieniem spytała elfka.

Usiadł i ukrył twarz w dłoniach. Gdy przemówił ponownie jego głos drżał.

– Fiara nie powiedziała Ci kim byłem nim poprzedni Strażnik Ognia mnie wybrał?

Pokręciła głową.

***

-Urodziłem się w niewielkiej wiosce przy dzisiejszym Trakcie Kupców. W owych czasach nie było tam traktu, tylko pola uprawne, między którymi wystawały gdzieniegdzie wioski, czyli kilka domów i zagród. Moja rodzina utrzymywała się z płodów ziemi i hodowli trzody, nie wyróżnialiśmy się ponad innych. Miałem czworo rodzeństwa. Trzech braci i jedną siostrę. Wszyscy harowaliśmy od rana do nocy z ojcem w polu, siostra zostawała w domu z matką. Pewnego dnia gdy wracaliśmy z pola zobaczyliśmy dym z daleka. Puściłem się biegiem w tym kierunku. Nasza wioska została doszczętnie spalona. Z domu zostały zgliszcza. Zwęglone ciała, które zastaliśmy w środku były nie do rozróżnienia.

Od tamtego dnia wszystko się zmieniło. Ojciec pochował matkę i siostrę. Ci sąsiedzi, którzy przeżyli, gdyż byli w polu jak i my tego dnia, rozpoczęli odbudowę domów, pomagali sobie wzajemnie. Ja jednak nie zostałem, by to oglądać. Odszedłem. Nie mogłem żyć dłużej w tym miejscu. Bolało mnie patrzenie na spaloną ziemię, na groby moich bliskich. Obudziło się we mnie także inne uczucie – zawiść. Chciałem zemsty. Wędrowałem więc od wsi do wsi. I znajdowałem podobne do mojej. Spalone do gołej ziemi. Zacząłem wypytywać o przyczynę, o sprawców. Nikt nikogo nie widział. Nikt nie słyszał tętentu końskich kopyt, nie widział ich śladów. Ileż razy chodziłem i przypatrywałem się w każdym z tych miejsc szukając znaków.

Nie było nic. Ludzie mówili, że to zła wola Boga Ognia.

Nie znałem tego Boga, lecz zacząłem go nienawidzić. Za krzywdy i tyle cierpień. Opowiadali mi przeróżne historie o tym jak Bogowie wcielają się w ciała żywych i załatwiają na ziemi swoje sprawy. W końcu zaczęli na mnie popatrywać podejrzliwie, pytali skąd jestem.

Mówiłem, że idę śladem palonych wiosek, oni patrzyli z coraz to większym zdziwieniem, mniej chętnie rozmawiali, aż poszła pogłoska, żeby na mnie uważano. Zła sława, której sobie nie przypisywałem docierała coraz dalej i dalej. A ślad palonej ziemi wydłużył się i rozciągnął. Każde domostwo było zagrożone. Ludzie zaczęli uciekać za mury miast.

Aż zacząłem przyglądać się sobie dokładniej. Jednego ranka obudziłem się w lesie nieopodal wioski, która wieczorem jeszcze była cała, a o świcie już unosił się nad nią dym. Uciekłem.

Przestraszyłem się.

Raz piłem z wodopoju przy drodze. Ktoś zatrzymał się przy mnie. Niski, gruby, łysiejący krasnolud, z opaloną brodą. Zeskoczył z kuca i podszedł do mnie przyglądając się ciekawie po czym przemówił:

– Dobrze, że Cię znalazłem, bo już myślałem, że nie zdążę i spalisz wszystkie.

 

 

***

Eresteja patrzyła na niego uważnie nim zapytała:

– To byłeś Ty? Ty paliłeś te wszystkie domy?

– Ja – odparł łamiącym się głosem. W jego szarych oczach dostrzegła łzy – a właściwie Bóg Ognia, który wykorzystał moje ciało. Gdy spałem wdzierał się do mojego ciała i palił wioski. Dlatego zawsze byłem w pobliżu, aż w końcu tamtejsi ludzie dostrzegli tę zbieżność.

– Więc to nie Ty, ale Bóg Ognia. Pytałeś go teraz, kiedy znasz modlitwę Strażników, czemu to robił?

– Pytam codziennie. I nie usłyszałem odpowiedzi.

Zwiesił głowę.

– To moja zbrodnia.

– Nieprawda – odparła od razu – nie byłeś sobą. Nie panowałeś nad własnym ciałem.

– Tak to sobie tłumaczę – uśmiechnął się smutno – co nie zmienia faktu, że krew jest na tych rękach.

Pokazał jej swe czyste, zadbane dłonie i sam spojrzał na nie z obrzydzeniem. Zmieniła temat.

– Ten krasnolud, który Cię odnalazł…

– Mierkon. Mój poprzednik. Ówczesny Strażnik Ognia. Szedł moimi śladami, wiedział, że coś jest nie tak. Za jego modlitwą Bóg Ognia zaprzestał wcielać się we mnie. Jednak ten niesmak pozostał. To ohydztwo zbrodni, których dopuściło się moje ciało. Całe życie próbuję za to odpokutować lecz chyba dla świata to za mało skoro dalej jestem Strażnikiem.

– Gdyby się zastanowić – zaczęła Eresteja – rzeczywiście coś jest z nami nie tak.

Kay posłał jej pytające spojrzenie.

– Sam to stwierdziłeś przed chwilą – uśmiechnęła się do niego pocieszająco – my nadal jesteśmy Strażnikami, przez kilka stuleci. Ilu w tym czasie było już naszych sióstr i braci władających resztą żywiołów? Ostatnio chyba Strażnicy Powietrza pobili rekord. Hulak był Strażnikiem tylko trzy lata.

Uśmiechnął się do niej.

– Czasem tak sobie myślę, że Ogień trzyma Strażników najdłużej, bo są nimi osoby, które ta moc uczy pokory i cierpliwości. Jesteśmy przecież przeciwieństwem naszego żywiołu. Gdybyśmy byli inni, porywczy, dynamiczni…szybko wyczerpalibyśmy jego moc w sobie.

Pokiwała głową i dodała.

– Dziękuję, że podzieliłeś się ze mną swoją historią. To jest dla mnie ważne.

Uklęknął przed nią. Wziął jej dłonie w swoje i pocałował. Spojrzała na jego ukochaną twarz szmaragdowymi oczami.

– Jesteś moją najdroższą przyjaciółką, Erestejo. Długo gryzłem się z tym. Jesteś moją jedyną rodziną i…kimś kto musi znać o mnie prawdę. Całą.

– Czemu?

Ścisnął jej ręce, a jego spojrzenie znów było smutne.

– Bo gdybym nie miał takiej osoby, która mnie zna…to tak jakbym nigdy nie istniał. A moje życie nie znaczyłoby wiele więcej niż ziarno piasku w klepsydrze czasu.

 

1 Comment

  • Lifur

    Marzec 28, 2017 at 8:29 pm Odpowiedz

    I w końcu się wyjaśniło coś na temat Kay’a :D… Już klaruje się historia do kolejnej książki 🙂

Post a Comment